Wstajemy po piątej, spałem słabo jak zawsze w pierwszą noc w nowym miejscu. W okolicach 6.00 wychodzimy ze schroniska, ale już raczej nie widać w naszym kroku wczorajszego entuzjazmu 🙂 Świrek chyba jest trochę przestraszony moim wczorajszym lataniem i swoją małą niemocą, ja trochę jednak potłuczony i niewyspany. Dostojnie mijamy Czarny Staw, Karb, zachodnią Kościelca i udajemy się w kierunku wejścia w drogę Surdela, które znajduje się zaraz przed Mylną Przełęczą. Plan jest taki żeby połączyć ją później ze Sprężyną, którą mijalibyśmy w zejściu. Trochę nas niepokoją również prognozy – wg których miało po 12 zacząć lać.

Pojawia się mały problem przy wejściu w drogę – miał być wyraźny, duży napis „SURDEL”, ale w jedynym miejscu pasującym – nie ma 🙂 Chwilę się kręcimy po okolicy, żeby ewentualnie sprawdzić na 100%, po czym wchodzimy (jak się okazuje później dobrze) w drogę bez napisu. Pierwszy wyciąg prowadzi Świr, któremu nastrój poprawia się z każdym stopniem. Tym razem droga już w pełni górska, ze „stałej” asekuracji kilka stałych haków, potrzeba rozdzielenia żył, niewygodne, wiszące pierwsze stanowisko. Droga ma na obu wyciągach trudności czwórkowe z miejscami piątkowymi, więc nie powinno być problemu. Pod koniec wyciągu lina się przesztywnia, o czym radośnie melduje przez radio Marcin, ale w końcu słyszę komendy stanowiskowe z sakramentalnym „możesz iść”. Na początku cytując Świętego „sabaudzki dulfer athletique”, po czym pod przewieszką uciekamy w lewo. Dalej kominki i rysy, by dojść do owego niewygodnego stanu.
Zmieniamy prowadzenie. Mam małą wątpliwość czy od razu przewinąć w prawo (dość powietrznie), czy targać do góry zacięciem (ale wygląda trudniej niż IV). Rozwiewa je wielki głaz, który przy próbie przewinięcia subtelnie zostaje mi w ręce, by po 3 sekundach zniknąć z hukiem gdzieś u podstawy ściany. Idę do góry – niewygodnie, ale osadzam pewnego Cama 2 i dopiero wyżej przewijam. Fajny powietrzny moment, na lekko połogiej płycie stojąc na tarcie , a w dół duża lufa. Do góry, znajduje 2 stare haki (żałując że nie mam pod ręką młotka, bo pewniej bym się czuł dobijając je). Podchodzę pod ostatnią wg topo formację drogi czyli czwórkową płytkę. W miarę połogo, z maleńkimi chwytami i stopniami. Osadzony jeden wystający hak, który wypadałoby skrócić, dalej niepokoi mnie trochę brak możliwości osadzenia czegoś, ale napieram. jakieś 3 metry nad hakiem płytka się kończy, jest próg wychodzący na trawki. Szukam czegoś do asekuracji, nie znajduje, więc szukam chwytu, ale zadając powtórka z rozrywki. Chwyt (dobry) zostaje mi w dłoni, na szczęście tym razem, mam lewą na jakimś małym oblaku i dzięki temu utrzymuję równowagę. Zimny pot, soczysta kurwa, Świrek melduje przez radio, że przeleciał właśnie jakiś meteoryt, Patrzę na tego smutnego starego haka 3 metry pode mną i mam wątpliwości czy by mnie utrzymał. Dalej ostrożnie wychodzę na trawki, zakładam stanowisko i ściągam Marcina.

Kilkanaście metrów jeszcze idziemy związani, by wyjść na trawki gdzie pakujemy sprzęt i przemieszczamy się w stronę Kościelcowej Przełęczy. Patrząc na wschód, na Granaty i kłębiące się nad nimi czarne chmury, już wiemy, że Sprężyna jest mocno zagrożona. Decydujemy się jednak zejść do wejścia w drogę i tam czekać na rozwój wypadków.
Z dołu droga robi bardzo fajne, groźne wrażenie – charakter ma zgoła odmienny niż połogie wspinanie na Zadnim Kościelcu. Niestety, po chwili zgodnie z prognozą i naszymi przeczuciami pojawiają się pierwsze krople deszczu. Zbiegamy do Karbu, gdzie już przy mocnej zlewie rozkładam parasol i folię na plecak i mijając kilka wycieczek biegniemy do schronu.
Pada dość mocno ze 3 godziny, łapiemy z kolei wątpliwości czy zdąży na następne dni przeschnąć, szczególnie, że prognozy są podobne albo gorsze, a my w planach na następne dni mamy dalsze podejście tzn Zamarłą. Można by oczywiście zrobić jeszcze Sprężynę czy Prawego Dziędzielewicza na Kościelcu, ale po pierwsze 3 dzień z rzędu popylanie na Karb chyba by mnie zabiło, poza tym zachodnia ściana na pewno szybko by nie przeschła. Decyzję odkładamy na dzień następny z wieczora po deszczu kontemplując miłe okoliczności przyrody w promieniach zachodzącego słońca.

Podsumowując ten dzień:
- droga Surdela na Zadnim Kościelcu – fajna, krótka (2 wyciągi), ale taka bardzo tatrzańska droga, z momentami powietrznymi. średnią asekuracją. Pierwszy wyciąg lity, drugi kruchy, ale być może to kwestia tego, że być może jest to jedno z pierwszych przejść letnich w tym sezonie i pewnie „czyściłem” drogę po zimie.
- czasowo-pogodowo wcelowaliśmy idealnie – tak żeby zejść w bezpieczny teren jeszcze bez deszczu, ale nie wejść jeszcze w następną drogę
- zdjęciowo znowu miernie, aparat podczas wspinania leżał głęboko w plecaku, a podczas trekingu wszystkie kadry już są powtarzające się 🙂