Przejdź do treści
Photmotive > Fotografia > Górskie podsumowanie roku 2011

Górskie podsumowanie roku 2011

Pali mnie jakaś masakryczna gorączka, spać nie mogę, więc jest kilka chwil na podsumowanie mijającego roku. Roku w którym nie jeździliśmy często w góry, ale jak już pojechaliśmy to działo się, oj działo :).
Początek roku i jedyna wycieczka skiturowa z prawdziwego zdarzenia, to Dolina Staroleśna i Świstowy Szczyt. Ze Świrkiem trafiliśmy na idealną pogodę, niezłe warunku śniegowe, można powiedzieć, że było łatwo, miło i przyjemnie.

Dolina Staroleśna
Dolina Staroleśna

No i zimy byłoby na tyle w 2011 co mnie bardzo boli. Ale szybko nadszedł czerwiec i długo planowany wyjazd na kilka dni na Halę. Cel podstawowy – Zachodnia Kościelca. Rozwspinani w miarę jesteśmy więc idziemy bardzo przyjemnym Lobby Instruktorskim, by w razie trudności odbić na ostatnim wyciągu w Byczkowskiego. Trudności i owszem, napotkaliśmy, ale w marnym style je pokonaliśmy, by zostać pokonanym przez kruszyznę. 15 metrowy lot to coś nowego dla mnie w górach. W końcu jakoś doturlaliśmy się do ostatniego stanowiska i w zapadającym zmroku zjechaliśmy, by zdążyć w Muro na wątróbkę.
Następny dzień miał być Surdel na Zadnim Kościelcu + Sprężyna, tyle że prognozy zaczęły się psuć. Surdel to krótka droga, ale powietrzna i w czasie kiedy ją robiliśmy – krucha, ale dała sporo satysfakcji. Zejście do Kościelcowej Przełęczy zbiegło się z nadejściem ze wschodu czarnych, deszczowych chmur, więc nie pozostało nic innego jak uciekać, deszcz złapał nas na Karbie.
Motywacja do dalszej działalności spadała wraz z marnymi prognozami, w dodatku mi dokuczały kontuzje z pierwszego dnia – więc równie niespodziewanie co pojawiliśmy się na Hali – zbiegliśmy do Zakopanego. Świrek popędził do Krakowa, a ja zostałem z Aśką, Ulą, Przemkiem i dzieciakami by uskuteczniać zakopiańską turystykę wózkową.

W Zakopanem szło nam na tyle dobrze z Szymonkiem, że postanowiliśmy z Aśką na początku sierpnia pojechać w dobrze znane nam słowackie Tatry Zachodnie – plan był taki żeby wózkiem dojechać do Tatliakowej i tam przesiąść się na nosidło i wskoczyć na grań i Rakoń. Plany sobie, a rzeczywistość sobie. Szymon nudził się w wózku na asfalcie, więc szybko zaczął korzystać naprzemiennie z własnych nóg i nosidła, co oczywiście nie skróciło czasu podejścia. Ale do Tatliakovej jakoś dotarliśmy. Podejście na Zabrat to już jednak mordęga. Jak szliśmy wolno i dostojnie, to Szymon znowu demonstrował krzykiem znudzenie, jak szliśmy szybciej, Szymon był zadowolony, ale mniej mama, która również demonstrowała krzykiem swoje małe zadowolenie ze względu na duży dystans nas dzielący :). Na Zabracie – piknik w kosówce, kamyczki, piłka, więc nie było źle. Tzn było, bo zaczęła się pogoda psuć, więc dużo nie myśląc załadowałem Szymona do nosidła i zbiegliśmy do Tatliakovej. Tym razem Aśka nawet bardzo nie protestowała.

Szymon na Zabracie. W tle Trzy Kopy.
Szymon na Zabracie. W tle Trzy Kopy.

W drodze powrotnej, Szymon wymiotował kilka razy, to ostudziło nasze wypady rodzinne w Tatry na razie.

Wracamy do szeroko pojętej działalności taternickiej. 21 sierpnia to Wołowa Turnia i Droga Staflovej. Do zespołu dwóch wielkich granitowych wojowników dołącza tatrzański żółtodziób czyli Maniek vel Ola. Support team robiący zdjęcia z Rysów to Czesiu i Anita. Z perspektywy czasu patrząc to była chyba najbardziej „lekka” droga jaką zrobiliśmy w górach (mimo, że wcale nie miała najniższej wyceny, ani nie była najkrótsza). Dobry warun, dobre topo, łatwa nawigacja i przede wszystkim zajebisty prowadzący sprawili że wycieczka przeszła do historii jako jedna z najłatwiejszych i najprzyjemniejszych.

Po Wołowej, niesieni entuzjazmem organizujemy w zamierzeniu 3 dniową okupację Zbójnickiej Chaty z możliwością łojenia wszystkiego naokoło. Niestety tym razem pogoda nie dopisała, niska mgła, gęste chmury na wysokości naszych dróg, śnieg wyżej, strumienie niżej spowodowały że nie urobiliśmy nawet 2 wyciągów celu zapasowego jakim był Filar Kellego na Jaworowym Szczycie. Dalej już same porażki – brak miejsc w Zbójnickiej na następną noc, marne prognozy, więc zatrąbiono do odwrotu, równie szybkiego co wcześniejsze podejście.

Ostatni akord to wyrównywanie rachunków z Batyżowieckim, a w zasadzie z drogą Kutty. Pogoda tym razem pewna, skład 3 + Anita która poszła na Małą Wysoką. Tym razem mieliśmy nie błądzić i od samego początku się nie udało. Eksperymentalny pierwszy wyciąg i dopiero po drugim znajduję bohraki. Topo mogę sobie wcisnąć głęboko, idę wg opisu słownego Rumpla z forum TG, który rzutem na taśmę udało się zdobyć, a który ratuje nam w kilku miejscach skórę. Idzie wolno bo jednak błądze, ale wspinanie jest w miarę fajne. Po dojściu na grań, łapie nas wiatr i tam rezygnujemy i w zapadającym zmroku zjeżdżamy razem z Marianem i Ivaną, słowackim zespołem który szedł za nami. Przy stawie w porywającym wietrze czeka Anita i z nią zbiegamy do auta.

Tyle było gór. Oczywiście przez cały rok ładowanie – do kwietnia na CWF, potem Zakrzówek + Jura, od końca października znowu panel. Trochę postępów było, ale najważniejsze, co zauważam z dużym zadowoleniem, to że wspinanie, niezmiennie, od ponad 2 lat przynosi mi cały czas bardzo dużo satysfakcji. Niezależnie czy jest to bald na panelu, trawers na Sadystówce czy prowadzenie w Dolinkach. Duża w tym zasługa nadzorcy ucieśnionych czyli Asi K. która z wdziękiem i rozbrajającą łatwością, prezentuje rozwiązania problemów nie do rozwiązania. And last but not least – Pandy 🙂 kocham Was 🙂

Fotograficznie – ubogo, ale to ze względu na charakter wycieczek – tutaj ważny był czas i wolne dwie ręce, więc zdjęcia to albo oklepane landszafty ze szczytów, szlakowo-podejściowe, lub te które najbardziej lubię, ale pewnie tylko ja – z Szymonem 🙂

Szymon przy stawie w Kuźnicach
18 czerwca – turystyka wózkowa i najlepsza zabawa w górach, czyli wrzucanie kamieni do stawu/strumyka
Na przełęczy Zabrat
6 sierpnia – Na przełęczy było fajnie, ale przegonił nas deszcz
Wołowa Turnia
22 sierpnia, kończymy śniadać, czas ruszyć ku przygodzie.
Zaciesz Mańka
10 września, ociekający wodą Maniek zaciesza na piewszym stanowisku Filara Kellego
Pod drogą Kutty na Batyżowieckim Szczycie
2 października, uwagi co do drogi w zachodzącym słońcu
Zjazd drogą Kutty
2 października, z ostatniego, dość diagonalnego wyciągu zjeżdża Marian

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *