Pełne słońce od tygodnia w górach zdopingowało nas z Marcinem do wykorzystania, wg prognoz, ostatniego dnia pięknej pogody. 3.30 wyjazd, przed 6 Vysne Hagi, przed 8 Batyżowiecki Staw, przed 10 podstawa ściany. Od samego początku lekko niepokoił księżyc ledwo przebijający się przez pędzące chmury, a po wschodzie słońca tłusta chmura otulająca wszystko w górze. Nawet przez chwilę pokazał się Batyżowiecki Szczyt, mieliśmy okazję się przekonać, że w pozycji w której wtedy byliśmy, ani fototopo ani schemat drogi nam absolutnie nie pomogą trafić 🙂

Niezrażeni tym wchodzimy w ścianę z nadzieją, że to to. Pierwszy wyciąg, który prowadzę, to start ruchami za III, potem miejsce V- , kominek IV i stanowisko po 50 metrach. Jak się okazuje, trochę przekombinowałem start i zamiast III było pod VI, ale dalej już wg planu, przynajmniej do wyjścia z kominka. Marcin krzyczy że zostało 8 metrów liny, a stanowiska nie ma. Przeczesuje wszerz i wzdłuż, z dołu krzyk że 3 m. No nic, może przegapiłem, widoczność jest cały czas ~10m, robię stan z własnej, ściągam Marcina. Trochę zmarznięty, ale teraz Jego kolej. Wg topo – dwa zacięcia, idziemy lewym za 4, małą płytka, a później filarek za 4 i znowu gotowe stanowisko. Problem jest taki, że nie bardzo wiemy które to zacięcia (w okolicy kilka wystąpiło), Marcin idzie łatwym terenem, aż w końcu dochodzi do jakiejś płytki, lina się kończy, a w górze majaczą same okapy. Znowu nie trafiliśmy w stan, strasznie błądzimy. W terenie nie możemy zorientować się przez marną widoczność. Teraz ja mocno marznę, w dodatku chmura w której jesteśmy zostawia dużo wilgoci na plecaku i ubraniu. Marcin ściąga mnie i podejmujemy decyzję o wycofie. Drugi wyciąg schodzimy, pierwszy zjeżdżamy, w dodatku lina się haczy, przez co czeka mnie jeszcze raz wycieczka do góry 🙂

Powrót do samochodu już na pełnym automacie, byliśmy mocno zmęczeni.
Mimo tego że celu nie udało się zrealizować, poćwiczyliśmy trochę procedury awaryjne, o dziwo humory cały czas nam dopisywały (może to kwestia determinacji z powodu długiego okresu niebytności w górach). Napewno tam jeszcze wrócimy.