Przejdź do treści
Photmotive > Fotografia > Mięguszowieckie Szczyty turystycznie.

Mięguszowieckie Szczyty turystycznie.

Znowu brak miejsca w schronach (i polski i słowackich) zdeterminował nas do dość szalonej akcji 🙂 Wyjazd z Krakowa o 20.30, korki, do Palenicy docieramy o 22.30. Wyjście na asfalt 22.45. Tempo dobre, o 0.15 mijamy szybko Morskie Oko i pierwszy odpoczynek o 0.50 przy Czarnym Stawie. Trochę wieje, o dziwo samopoczucie i kondycja na razie jest ok. W kierunku Kazalnicy idziemy raczej na czuja, o 2.30 szczyt, stąd już niedaleko do Przełęczy pod Chłopkiem, którą osiągamy po 3.00. Wieje i nawet jest trochę zimno. Cofamy się na galeryjkę, tam zdjęcia i ze względu na to, że robi się coraz jaśniej atakujemy pierwszy cel – Czarny Szczyt Mięguszowiecki. Przewodniki piszą, żeby przetrawersować zbocze od strony słowackiej i wejść w czwarty źleb.
Mięguszowiecki Szczyt Wielki jeszcze się kryje pośród nocy

My chyba wchodzimy zbyt wcześnie w górę, jest trochę jedynkowej wspinaczki, nawigacyjnie przeszkadza też ciemność. Wychodzimy na grań i stąd już niedaleko do szczytu, a dodatkowo zaczyna się spektakl pt. „wschód słońca”. Naprawdę robi wrażenie. Fotografuje, po czym o godzinie 5.00 pada komenda „spać” i odpoczywamy na wierzchołku do 5.30. Znowu troszkę podmarzłem, ale wstaje rześki i prawie świeży. Schodzimy juz bez czołówek, znowu na Przełęcz i Drogą Po Głazach w kierunku celu nr 2 – Pośredni Szczyt Mięguszowiecki. Z początku idzie się łatwo ścieżką, jednak im dalej na zachód tym trudności techniczne i nawigacyjne narastają. 7.00 meldujemy się pod kominkiem, który ma prowadzić w bezpośrednie okolice wierzchołka. Trudność polega na tym, że Pośredni ma 3 wierzchołki i od naszej strony nie bardzo widać, który jest ten najwyższy. Uderzamy kominkiem, trudności są chyba największe, jak do tej pory, ba największe jak do tej pory w mojej karierze turystycznej bez asekuracji 🙂 7.15 wchodzimy na wierzchołek, jeszcze potwierdzamy telefonicznie, że to napewno ten. Dla sprawdzenia czy jest ok próbujemy przejść granią lekko na wschód, ale obaj z Łukaszem ładujemy się w duże trudności techniczne, więc rakiem się wycofujemy i schodzimy znowu do DPG. Czas na Wielki Szczyt Mięguszowiecki. Od Pośredniego trawersując zbocze na zachód, schodzimy mocno w dół, potem z kolei mocno w górę. Spotykamy pierwszą osobę – starszego człowieka który wyszedł od Hińczowego Stawu na Hińczową Przełęcz i teraz robi kółeczko po DPG 🙂 My lecimy w górę, na Wielkiego. Trudności techniczne i zaczynają się kondycyjne. Wychodzimy jakimś dziwnym wariantem, omijając słynny kamień pod którym trzeba się schylić. Wierzchołek. Duży, powiedziałbym przytulny 🙂 Foto, wpis do zeszytu, trochę odpoczynku i schodzimy. Łukasz pokazuje którędy prowadzą przewodnicy, ładując się w jakieś duże trudności. Ja to staram się obejść górą, ładując się jeżeli nie w większe to przynajmniej takie same 🙂 Brak snu i zmęczenie dają znać o sobie. W końcu udaje się zejść – lecimy do Hińczowej Przełęczy przez Balkon, pełni obaw czy uda się zejść źlebem do Dolinki Za Mnichem bez czekanów. Słabo to wygląda, w źlebie jest dużo śniegu, dodatkowo dostajemy info, że bardzo dużo sniegu jest na Małej Galerii Cubryńskiej (i to tak naprawdę stanowiło największą trudność). Dajemy sobie czas na zastanowienie, wchodząc niejako przy okazji na Cubrynę.
Mięgusz Wielki z Cubryny
Stamtąd ładna panoramka na wszystkie strony, ale wtedy już byłem w takim stanie że nawet nie bardzo na to zwracałem uwagę. Pierwsza decyzja – schodzimy do Hińczowego Stawu i przez Popradzkie pleso wracamy do Polski. Wariant szybko odwołujemy – krucho jak cholera, tempo jest dużo za niskie. Wracamy w takim razie tak jak przyszliśmy – Drogą Po Głazach w kierunku Przełeczy pod Chłopkiem. Mam chyba największy kryzys 🙂 Jestem mocno zmęczony, kolana zaczynają dawać znać o sobie, zaczynam się mocno irytować 🙂 w takim stanie przebiegamy do przełęczy gdzie odpoczywamy z 15 minut i dalej w dół już na pełnym automacie, w głowie tzw pustka 🙂 Przed Czarnym Stawem fotografuje Śmigło które zabierało kogoś spod Buli pod Rysami, a już na obejściu Morskiego łapie nas miły, lekko orzeźwiający deszczyk. W Moku picie, przebranie i jak na burżujów przystało, kuniem od Włosienicy w dół. O 18.30 po prawie 21 godzinach, zakończenie akcji górskiej w Palenicy 🙂

Jak na razie to była najlepsza trasa turystyczna w mojej karierze pod wieloma względami – trudności technicznych, widokowych (wschód słońca), czasu trwania (kondycja). W tym momencie mam tzw. przesyt górski, pewnie ze 2-3 tygodnie przerwy będzie 🙂 Ale napewno muszę powiedzieć nieśmiertelne: było warto.

  • foto – ze wschodu nawet jestem zadowolony, mimo, że część zdjęć jest nieostra (robione z ręki). Z dalszej wycieczki już mniej, ze względu na to, że aparat 95% czasu spędził w plecaku (trudności techniczne uniemożliwiały przytroczenie aparatu z boku pasa biodrowego placaka, tak jak to robie zwykle)
  • noc – obawiałem się tego troche bo dotychczas moje chodzenie nocne nie było najprzyjemniejszym uczuciem. Teraz było ok.
  • kondycja. Zmęczenie zacząłem czuć ok. 12.00 czyli po 13 godzinach marszu. do 15.00 miałem duży kryzys, potem jakoś minął.
  • nawigacja. Trudno. Łukasz w niektórych miejscach był, często prowadził, ale np korzystając z opisów w przewodnikach jest naprawdę trudno i bardzo łatwo jest się władować w duże trudności (a wiadomo że wejście do góry to nic, największy problem to zejście)
  • technika/trudności. Super. Często trzeba używać kończyn górnych, moje laickie oko oceniło te trudności na I, a w niektórych naszych dziwnych wariantach nawet na II. Bardzo przydaje się 'doświadczenie’ ze skałek – szukanie chwytów, balans ciała, praca nóg.
  • konie na asfalcie z Włosinicy. Dramat. Z jednej strony nasmarowane towarzystwo rzucające mięsem, z drugiej rodzice z małymi dziećmi. O wygodzie nie wspominam bo jej po prostu nie ma na sztywnym wozie i dziurawej drodze. Do tego czas przejazdu w dół 30 min i koszt 30 zł. Ble.
  • alternatywna relacja na forum turystyki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *