Zaczęło się słabo. Marian (wyraźnie unikający ostatnio „masowych zawodów”) wykręcał się jak mógł. Dziewczęta wszystkie już się podobierały w pary, ale na horyzoncie pojawił się Dr Zyrkiel, czyli Bartek od Asi 🙂 I wtedy skończyły się heheszki, wiadomo, że z Doktorem nie ma przelewek, będzie parcie na wynik. Miejsce rozegrania, to podobnie jak rok temu – Jerzmanowice, czyli Słoneczne, Witkowe i Łyse skały.

Zbiórka o 9, rozdanie papierów, odprawa i punkt 10:00 start! Nasza tajna taktyka polegała na tym, ze NIE mamy rowerów, czyli sprintem spod remizy na Witkowe. To znaczy Bartek biegł, a ja obładowany szpejem, wodą i Bóg wie czym jeszcze próbowałem nie stracić z nim kontaktu wzrokowego. Wycieńczony docieram pod Bukowy Filar, mając nadzieję na chwilę oddechu, ale nie. Pada komenda, będziesz odpoczywał przy asekuracji. No dobra, 3 oddechy i jest komenda blok i dół, teraz moja kolej. Na rozgrzewkę (chociaż zgrzany taki dawno nie byłem) wspomniany Bukowy Filar, jeszcze trochę kwadratowo, ale w miarę dobrze. Dalsze drogi (za IV, V, VI) idą sprawnie, tak że nawet mój poganiacz komenderuje 90 sekundową przerwę na picie, batona i wpisanie dróg które zrobiliśmy. Tak naprawdę pierwsze zmęczenie zaczyna się pojawiać przy około dziesiątej drodze. Na czternastej (Listopadowa Niespodzianka za V+) zaczynam się gubić, ale jakoś tam siłowo się przeczołguję.

Tutaj mieliśmy zagwostkę, wszystkie drogi w okolicy zajęte, więc idziemy „na tyły” na „urocze” trzy wpinkowe VI i VI.1. Tam spotykamy Asię i Jelona, lekko posapujące (mamy nadzieję, że to ze zmęczenia, a nie ze względu na trudności 🙂 ). Pierwszy wbija się Bartek w Archibalda. Tzn wbija się i schodzi, wbija i schodzi i tak parę razy. W końcu jakimś cudem, swoim firmowym patentem tzw. ŻanKlodem (nogi 180 stopni) sięga upragnionej klamki, robi drugą wpinkę i już łatwo dochodzi do łańcucha. Teraz ja. Trochę odpocząłem, z dołu sekwencja nie wyglądała na trudną. Chwytam ścisku, którego Zyrkiel nie używał, nogi szeroko, wybieram linę do drugiej wpinki i w tym momencie nogi mi wyjeżdżają. Nogami ląduje na ziemi, ale bez pełnej amortyzacji więc uderzam jeszcze dość boleśnie kością ogonową w skałę (w miejscu lądowania było coś w rodzaju fotelika). Żeby tego było mało, lewą ręką chwytam za linę, która mi przypala dość mocno dłoń, a faker w prawej ręce zostaje lekko poszarpany przez ekspres do którego prawie się wpiąłem. O 13:20 Dr Zyrkiel kończy akcję ratunkowo-opatrunkową i tym samym kończymy nasz występ na 14 drogach.

Ale niestety emocje się nie kończą.
Piknikując, jesteśmy świadkami bardzo groźnie wyglądającego wypadku – na szczęście skończyło się tylko na pogruchotanej kostce i mocnych otarciach i stłuczeniach, piszę „na szczęście” bo w życiu czegoś takiego nie widziałem, a pierwsza myśl, która przebiegła jeszcze na zwolnionym filmie to była „musi być trup, nie ma innego wyjścia”. Również na szczęście okazało się, że niedaleko wspinali się Maciek Stanisławski i Alan Stysiak z GOPRu, którzy udzielili „najpierwszej” pomocy, chwilę później dojechali JOPRowcy, a w międzyczasie pojawił się Andrzej Maciata z TOPRu, który też bardzo pomógł. Po 40 minutach pokazał się też śmigłowiec z LPRu.
Generalnie akcja ratunkowa była przeprowadzona imho bardzo sprawnie i profesjonalnie, a już słowem zakończenia można dodać, że czekając na helikopter, nagle przez łąkę zaczął podjeżdżać do nas Jeep Wrangler z dość zaawansowanym wiekiem małżeństwem na pokładzie, które okazało się właścicielami terenu. Spodziewaliśmy się dość chłodnego nastawienia, tymczasem okazało się, że Ci mili ludzie są lekarzami i oferują pomoc (która w tym momencie nie była potrzebna) – to był dobry akcent na zakończenie!

Nam pozostało już tylko zejście do bazy, a tam ogłoszenie wyników, konsumpcja gulaszu z wielkiego gara i powrót do domu. Za rok atakujemy znowu!