Jakoś do tej pory omijaliśmy Łabajową (często chodząc na Mur Skwirczyńskiego), ale jak już zaczęliśmy jeździć, to jakoś nie możemy skończyć. Oprócz tradycyjnego, jurajskiego wspinania po dziurkach, ściana proponuje trochę westowego wspinu po klamach, miejscami w przewieszeniu.

Patrząc od lewej strony zaczęliśmy od Lipne Ale Dowcipne oraz Lipasomia. Niezbyt oczywiste, krótkie drogi, przy Lipasomii cały czas miałem wrażenie, że sięgam do drogi obok (za V). Dla mnie parchy.

Ale dalej było już lepiej. W Oka Pnieniu, fajne (choć trochę patentowe) ruchy w dachu i kontynuacja łatwą płytką. Wasze Błoto, Nasze Błoto, Kundelki zamiast Brytana. Drogi Mańka, który je z zegarmistrzowską precyzją przepatentował i potem za piątaka sprzedawał sposoby na pokonanie mini okapiku. Ładne, dłuższe drogi.

Czas na klasyki. Lewa Ręka w Ciemności. Patrząc z daleka, miałem duże wątpliwości. Duży dach, nietrywialna, długa kontynuacja po dziurkach. Ale jak już wszedłem, jakoś poszło. Banan przy łańcuchu zjazdowym duży, szczęście.
Siłą rozpędu i z rozkazu Cesarzowej wbiłem się na Obladi-Oblada. Płytka, dziurki, tak jak mi się napisało – Obladi-Oblada, piąta wpinka i dalej ni ch#ja. Będę musiał u kogoś podglądnąć patent.

Zupełnie z lewej strony jest skała, która nazywa się Mniszkowa. Na niej spróbowałem Filarek. Wrażenie mam jedno. Coś za łatwe jak na VI.1.
Podsumowując. Łabajowa to komfortowa i wdzięczna skała o bardzo szerokiej skali trudności. W dodatku Mateusz Paradowski bardzo fajnie dba również o aktualność topo.
PS. Zdjęcia robił Maciek Masta, za co bardzo dziękuję, bo mnie jakoś aparat się nie klei do ręki 😉