Nie zaczęło się dobrze. Pierwotny termin sobotni został przesunięty na niedzielę ze względu na opady i zimno. W niedzielę Kozy (Czesiek i Maniek) wycykały, ale nam ze Świrem i supportującą Nitką zostało na tyle motywacji, żeby o 8 rano podjechać pod Łabajową, wyciągnąć rowery i pomknąć błotnistą Doliną Będkowską w stronę Sokolicy.
Dla mnie (siedzącego na rowerze pierwszy raz od 15 lat) to był koszmar 😉 Nie dość, że warunek trudny (błoto straszne!) to jeszcze daleko. Nic to, jakoś doturlałem się do Brandysówki, tam odprawa, rozdanie dokumentów i takie tam.

Rowerowy powrót na Łabajową. To już koszmar. Świrek czekał na mnie dobre 15 minut 🙂 Ale na szczęście skończył się. Jesteśmy trzecim zespołem, więc zaczynamy od czego chcemy, czyli – VI.1, VI, VI, VI+. Idzie dobrze, choć taktyka, jak się później okaże – mało szczęśliwa. Powinniśmy obaj prowadzić, a szliśmy systemem pierwszy prowadzi, drugi wędka. Pierwsze cztery drogi piorunem, więc trochę odpoczywamy, jemy i wobec tłoku na łatwiejszych drogach, powolutku przenosimy się na Mur Skwirczyńskiego.

Tam również tłok, ale udaje się wbić w klasyki, czyli Mordarkę, Sekwencję itp. Niestety lekko się oziębia, nam motywacja spada razem z energią, idziemy w jakieś kilku wpinkowe kapusty – miało być łatwo, a PodJebel za VI niszczy mnie 🙂 Jeszcze tylko Nie Odstawiaj Lipy za V+ (po jakichś drzewach) w zaczynającym kropić deszczu i postanawiamy skończyć przed czasem. To taka mała porażka, zostawiamy sprzęt w samochodzie i znowu na siodełku turlamy się pod Sokolicę. Wynik sportowy pominę milczeniem, ale gratulujemy Cesarzowej i Yelonowi – za pierwsze miejsce, oraz Majce za trzecie miejsce!. Swoją drogą do tej pory nie mogę wyjść z podziwu jakim cudem pierwszy zespół – Andrzej Marcisz i Kajman zrobili 35 dróg!