W środę Rada Starszych wpadła na fantastyczny pomysł. Rozpocznijmy sezon letni w Tatrach, bo idzie jesień. Kolejne przebłyski geniuszy były równie wspaniałe. Rozpocznijmy sezon w dwóch 3-osobowych zespołach na tej samej drodze. Rozpocznijmy sezon na Kieżmarskim, którego ściana przecież wyróżnia się małą wysokością.

W założeniu – droga łatwa (pierwsze dwa wyciągi będziemy szli po bożemu, potem żywiec), długa (rozwspinamy się w górach), generalnie jedziemy towarzysko bez żadnej napinki.
Nie zaczęło się najgorzej. Parking darmowy pod stacją kolejki. Obsuwa czasowa niewielka, bo zaledwie 30 min. Start. Wchodzimy w rozorany stok narciarski. Idziemy za jakimś człowiekiem w czerwonym ubraniu, który chyba zna teren, bo idzie zmyślnymi skrótami. Gdy go doganiamy, okazuje się, że czerwone wdzianko to nie najnowszy softshell DirectAlpin tylko kobminezon roboczy, a człek wsiada do swojej koparki gdzieś zupełnie poza szlakiem. JaJebie po raz pierwszy. Ale nie ostatni.
Z lekko pogłębiającą się obsuwą, docieramy do Skalnatego. Śniadanie i lekki leń, ale jeszcze na resztkach zapału wychodzimy dalej. Do Lejkowego Kotła prowadzą przynajmniej 3 drogi, wybieramy oczywiście najgorszą, w połowie przedzierając się do trochę lepszej przez kosówki. JaJebie po raz drugi. Obserwujemy kilka zespołów wchodzących w drogę, ale wszystkie na szczęście zaczynają w okolicach Birkenmajera, czyli dość daleko od wejścia w naszą drogę.

Jesteśmy pod ścianą. Obsuwa jakieś 1.5 godziny, ale nic to, nadrobimy w ścianie.
Start z półki kilka metrów nad podstawą, z jednym spitem. Prowadzi Marian, ja robię za media, Cześka przyrząd asekuracyjny. Drugi zespół prowadzi Świr, ciągnie za sobą Nitkę i Mańka.
Pierwsze dwa wyciągi trochę rozczarowują, miały mieć momenty czwórkowe, tymczasem problemów technicznych nie ma żadnych. Na razie łatwo, szybko, w miarę lito. Stany są obite (takie duże, poziome ringi), jest trochę spitów (trudno nie jest, ale jakoś specjalnie dokładać nie ma w co).
Dalej ma być łatwo. I faktycznie. Idę na rekonesans „za winkiel” – wchodzę na jakąś łąkę. W sumie to nawet nie bardzo wiem gdzie iść – topo przewidywało 2 warianty – albo do góry albo od razu do zacięcia. Wybieram bramkę numer jeden i uwiązany na postronku zdobywam metry. W końcu łapię zadyszkę, patrzę w dół, 30-40 metrów bez przelotu nawet w poziomie mi się przestaje podobać, więc zakładam stan na jakimś głazie. Dochodzący Marian wskazuje mi kolucho stanowe 2 metry na lewo 😀

Radosna improwizacja przynosi kolejną obsuwę (najpierw ja ściągam Mariana, potem Marian Cześkę). We znaki trochę daje się już zmęczenie (podejście + jakieś 100 metrów ściany). Ale już powinno być dobrze. Przebieramy z Cześką buty na trekkingi, Marian (na szczęście) stwierdza, że jeszcze normalnie pójdzie związany. Zaczyna się niekończący ciąg 60-metrowych wyciągów Rampą. Za trudnych i za kruchych, żeby iść na żywca, jednak gdy szliśmy związani prostych i monotonnych na tyle, że gdzieś około 5-6 stanowiska fraza „JaJebie” zaczyna królować w dialogach. Dla przykładu:
Ja jebie chyba dostałam w twarz kamieniem
(Cześka na stanowisku pod Wielkim Zacięciem, gdy jakiś samoistnie uwolniony kamyczek trafił ją w policzek. Skończyło się na otarciu i małym siniaku)
Ja jebie wyciągów miało być max 10
(pod koniec jedenastego wyciągu)
Ja jebie, brakuje mi 3 metrów do stanu
Marian po poprowadzeniu n-tego wyciągu rampą zakładając przeloty raz z lewej, raz z prawej.
Ja jebie, co to było! (Cześka)
Ja jebie to chyba jakiś ptak (ja)
Ja jebie, kamień! (Świrek)
ta sama sytuacja spadającego, furkoczącego kamienia.
Ja jebie, ale poleciał
obserwacja zespołu na wyciągu Cesta Do Hor za VIII-.

Ja jebie, mamy schodzić tym kruchym żlebem, czy tym kruchym żlebem?
na Przełęczy Huncowskiej
Ja jebie, ja jebie, ja jebie
podczas zejścia szlako-stokiem, już w ciemnościach, m.in. przeprawiając się przez jakieś rowy
Dla porządku tylko dodam, że droga (od podstawy ściany do szczytu) zajęła nam około 6-7 godzin, zejście do Huncowskiej Przełęczy, potem w prawo, żlebem do Lejkowego Kotła (w miarę widoczna ścieżka, ale krucho). W samochodzie byliśmy przed 22:00. Na otarcie łez, Mańkowi, Cześce i Marianowi udało się załapać na przejażdżkę Tanapowym Uazem z pośredniej stacji kolejki na parking. Szczęściarze!

Nie będę pisał, że ściana ma swoją powagę, że błędem było wybranie długiej drogi na przypomnienie sobie górskich procedur (przy widocznych brakach kondycyjnych w zasadzie w całej szóstce), na wejście w drogę 2 zespołów 3-osobowych (najpierw my blokowaliśmy Świrków, potem czekaliśmy na nich), przy czym dla Cześki to był debiut totalny jeżeli chodzi o wiązanie się liną w górach.
Na plus – była fajna przygoda, pozytywnie nas styrało, śmiechu mimo wszystko było bardzo dużo (choć trochę przez łzy 😀 ).
Na minus – odczucia estetyczne ściany Kieżmarskiego (w tle druty kolejki i prądowe na Łomnicę, hałas ciężkiego sprzętu pracującego na stoku i kolejki), kruchość na Rampie, fatalne podejście szlakiem, krucha droga zejściowa z przełęczy.
Zdjęć dużo nie ma, oczywiście jestem celem szydery („a po co Ci to 3 kilo lustra w plecaku?”) ale mimo wszystko proszę link do flickra z galerią z Kieżmarskiego.