Niedziela
Jako się rzekło poprzedniego dnia, trzeba napierać. Bez strasznej napinki, chociaż Romuś tuptał od 6:00, o 7 jesteśmy prawie gotowi do wyjazdu. Dzielimy się samochodami. Dziewczyny + Świr jadą na Vorderen Stadlwand na dwie piątki, Zośka z Józkiem na jakąś mocarną ViaFerratę, a my z Danką i Marianem atakujemy King Kong Karla na Blechmauerze. 7 wyciągów, 6+, obite w stylu „overprotected”. Podejście pod drogę z samochodu zajmuje około 15 minut, ale nam się zdarza to szczęście, że Danuta zapomniała uprzęży z samochodu, przez co mamy z Marianem dodatkowe 30 min na strzelenie drugiej bramki dzisiaj, co po wejściu w ścianę mogłoby być problematyczne.

Pierwszy wyciąg, niby za 4, idzie jakkolwiek, pętle i spity są na szerokości całej łąki, a o trudności niech świadczy to, że poprzedniego dnia, przypadkowo przeszedłem go w trekach, bez większych momentów. Idzie szybko, a główną trudnością jest to, żeby nie ubrudzić za bardzo butów w błocie.
Na drugim (za 6+) zaczyna się już wspinanie. Jestem świeży, więc idę radośnie na rękach, nie przejmując się, że to dopiero początek, a w plecaku oprócz tony żarcia i picia, lustro i dodatkowy obiektyw.
Patrzcie, da się nawet wypuścić nogi!
Niezbyt oczywiste plecy, ściągnięcie się parę razy z buły, hell yeah!! Wstawiam się mocno i… masakra, wiszę na błotnistej klamie, ale ledwo co zamagnezjuje, to muszę strzepnąć drugą rękę i znowu pcham dłoń w błoto. W końcu, po 10 minutach jakąś resztką tlenu w głowie i rozsądku w nogach, wrzucam wyżej nogi i wchodzę w łatwiejszy teren. Pierwsza, ale nie ostatnia nauczka! Buła pulsuje, ściągam szybko Dankę i Mariana, dla których o dziwo trudniejszy był początek, a nie moja ubłocona klama.

Kolejny wyciąg również za 6+, urabiam go jakimś dziwnym wariantem i dochodzę do wiszącego stanu. Zaczynają się jaja, pieką mnie dłonie, skałowstręt po 3 wyciągach? W niewygodnej pozycji przewiązujemy się, dalej prowadzi Marian. Następny, krótki wyciąg za 5 wyprowadza na łąkę, gdzie operacja przewiązania i sklarowania na nowo liny byłaby sto razy bardziej komfortowa, no ale cóż. Kolejne dwa wyciągu, dość krótkie z momentami za 6, doprowadzają do, moim zdaniem, malinki na torcie – 30 metrowego, cały czas trzymającego wyciągu za 6+, który kończy tę, jakże fajną drogę. Prowadzi sprawnie i szybko radzący sobie Marian, z Danką zbieramy milion zostawionych na tym wyciągu ekspresów. Na grani odpoczynek, jemy i zastanawiamy się jak schodzić. Wygląda na to, że zejście prowadzi z początku do góry. Idziemy i idziemy i idziemy. Dobre pół godziny w górę (tyle miało trwać zejście na parking). W końcu w gęstwinie obrastającej naszą „grań” daje się zauważyć coś na kształt szlaku turystycznego. Bingo. Tylko ze 20 minut za późno 🙂 Zajadając fistaszki (przy okazji uzależniając od nich Gąbke, co się później przyda, np. przy myciu naczyń) schodzimy już spokojnie do samochodu.

Ale, że godzina jeszcze świeża, Marian optuje, aby zrobić jeszcze coś łatwego i szybkiego.
Komin za 5+!
Gąbka entuzjastycznie przytakuje, mi nie pozostaje nic innego tylko dorzucić litr picia do plecaka i powlec się za nimi. Na miejscu (na szczęście spacer z auta pod drogę trwa całe 10 minut) okazuje się, że jakiś zespół jest już na naszej drodze i to w dodatku w kluczowym kominie. Spotykamy opalające się znajome z Reni, siadamy gadamy, 15 minut mija, postępy zespołu w ścianie są żadne. W naszych dialogach coraz częściej przewijają się:
No ileż, kurwa, można siedzieć w kominie!
Jebane kotwice!
I tym podobne. Po 30 minutach zespół dalej nie przesuwa się do góry, ale okazuje się, że to Polacy, co więcej, dla Gąbki i Mariana znajomi Polacy, a dzięki świetnej akustyce doliny – słyszący nasze ponaglenia, znajomi Polacy. W końcu nasze morale spada grubo poniżej zera i postanawiamy jednak wracać na kamp i zjeść coś ludzkiego.

Chwilę po nas wracają Romusie (na 2 zespoły, zrobili po 2 drogi za 5, brawo!) i później Zośki, też w chwale zwycięstwa. Wieczór to klasyka – prysznic (nie byliśmy rozrzutni, jedyny w Holle 🙂 ), zaczątki hazardu w Scrabble, browar, przechwałki Gąbki co to ona jutro nie poprowadzi i niekończące się opowieści. Następny dzień, czyli…
Poniedziałek
miał być deszczowy, ale w nastroju szturmowym idziemy do tej samej doliny co wczoraj, tylko ściana naprzeciwko – Klobenwand – droga De Oide Wurzn 7-. Romuś z Nitką na King Kong Karla (re5pect!), a reszta na sportowe do Adlitz. Po drodze wszyscy zgodnie skręcają w las, co około 20 metrów (tym razem Gąbka nie musiała zapominać uprzęży). Podchodzimy pod drogę, ja tym razem strajkuję (skóra dłoni daje w kość), więc zaczyna prowadzić Danka. Pierwszy wyciąg łatwy – za 3. Na drugim (6-, długi) jakieś jaja. Gąbka po wypstrykaniu się z 10 ekspresów (na 12) krzyczy, że teoretycznie doszła do stanu, ale problem w tym, że jest tylko jeden spit, a z drugiego została tylko śruba. Konsternacja, szuka chwilę, ale w końcu improwizacyjnie mota i nas ściąga. Zmiana na prowadzeniu, Marian się grzeje, przed najtrudniejszym wyciągiem. Zaczyna kropić, ale wg topo na razie jeszcze wyciąg za 4-5 więc nie powinno być problemu. A tu niespodzianka. Taka górska skośna rysa, gdzie ręce pracują nonstop po krzyżu, a lewa noga powiewa sobie na zewnątrz. Wcale nie proste. Okazuje się, że stanowisko którego nam zabrakło, zostało przeniesione kawałek dalej, ale ten odcinek + nowy wyciąg robimy na raz (czyli tak, jak w starym topo).

Kolejny stan niewygodny, wiszący, w trójkę ledwo się mieścimy. Robi się coraz ciemniej (a jest 9:00 rano), chmury przewalają się przez grań, klimatu dodają latające nad nami kruki i wrony. Danka:
Mam złe przeczucia…
Kropi raz więcej, raz mniej, ale Marian dziarsko uderza do góry. To znaczy do góry 2 metry i potem w bok, trawersem za 7-. Analizując dzień wcześniej topo, spodziewaliśmy się jakiegoś mocarnego, fizycznego okapu z podchwytoklamami, bez stopni. A tu niespodzianka. Bardzo czujne przewinięcie na połogim, okap zupełnie nie pomaga, mikrokrawądka, z dalekim krzyżem do płytkiej dwójki. Oczywiście bez stopni, konieczne przewinięcie przez kancik. Mariano próbuje, z góry, z dołu, taniec niesamowity, deszcz nie pomaga, wreszcie wkurwiony łapie za eksa i krzyczy do nas:
Ale nikt nie widział! 😀
Dalej już łatwiej, lina szybko znika. Teraz kolej Gąbki. Rozstrojona przez warun i ptaki, lekko nerwowo, ale w końcu również zadaje z eksa, a że bicek mocny to nie ma problemu 😀 Mnie uspokaja uspokajanie kogoś, więc próbuje sekwencję, już prawie się udało, ale lekko pociągnięcie liny (pod okapem nie było widać/słychać asekurującego) niweczy moje wysiłki. Jeden eks, drugi eks i po trudnościach 😀

Następny wyciąg za 4 – bez historii. Marian prowadzi, my sprawnie za nim. Kolejny jest ewenementem. Łąka za 1/2 nagle 3 metrowa ścianka za trudne 5 – a imho nawet trochę więcej i dalej pastwisko. Dochodzimy do stanowiska i czeka nas ostatni wyciąg – długi i w miarę trudny – za 6+. Przeczekujemy trochę większy opad, obwołujemy Romusiów prących mozolnie do góry na przeciwległym KingKongu:
Roooomuuuuś, juuuuhhuuuuu!
Odpowiadało echo:
Maaaariaaaan, juuuuhhuuuuu!
Danka odzyskuje rezon i pali się do prowadzenia, pod warunkiem, że jej weźmiemy plecak. Rozdzielamy rzeczy (przez co nasze 20 litrówki robią się tłustawe) i obserwujemy jak Gąbka z gracją pokonuje pierwszy komin. Lina dość sprawnie znika, więc powinno nie być trudno. Po 45+ metrach, komenda auto i możecie iść. I klops. Z plecakiem mam problem w kominie, ale jakoś się udaje. Marian chyba też, bo o ile nie widzę, to słyszę:
Kurwa mać, jebany komin!

Wydostajemy się wyżej, na płytkę i tutaj następuje najpiękniejsze zadanie z pleców, jakie kiedykolwiek wykonałem. Stojąc na prawej nodze, prosta, prawa ręka, wpadająca do odciągu (oczywiście, działającego w drugą stronę) na styk, przeniesienie ciężaru ciała i dołożenie drugiej ręki idącej jak wskazówka zegara. Bardzo mi się podobało, choć oczywiście na pewno dało się to łatwiej zrobić (co udowodnił za chwilę Marian). Dojście do stanu i koniec drogi. Zejście do samochodu 30 minut w znakomitych nastrojach. W międzyczasie wychodzi nawet słońce.

Robi się jednak mocno deszczowo, postanawiamy zahaczyć o miasteczko (kupujemy najdroższe w życiu mielone i sól jodowaną) i wracamy na kamp. Obiad, powoli wszyscy wracają, z sukcesami mniejszymi (sekcja sportowa) lub większymi (Romuś poprowadził na czysto całego KingKongKarla!) i zaczyna lać jak z cebra. Ze względu na problemy metrażowe, rozsiadamy się po samochodach. W naszym kwitnie hazard skrablowy z elementami alkoholowej ekwilibrystyki (jeżeli upuścisz literkę – przegrywasz) – dzięki czemu Gąbka umoczyła mycie garów do końca wyjazdu, a Marian z Cześka wręcz przeciwnie. Deszczowy wieczór i noc umacnia nas w zamyśle wtorkowego transferu do Paklenicy! o czym już niedługo…