Długo oczekiwane. W zasadzie sami znajomi. Babki świrowały od 2 miesięcy. Próbne fryzury, makijaże, paznokcie, no kurtka na wacie nie wiem jak tak można 😀 W zasadzie cały ostatni tydzień stał pod znakiem wesela. I deszczu 😀
Na szczęście w sobotę niebo się zlitowało. Przestało padać, chwilami nawet słońce wyjrzało zza chmur. Złe wiadomości to, że Budziki i Rębisie najprawdopodobniej się nie pojawią. Budziki usprawiedliwione, Rębisie trochę mniej. Ale wracając do soboty. Z rana dziewuchy pojechały o 7.00 (sic!) rano na fryzury właściwe 😀 Mnie tylko kazały być o 9.00 na Szewskiej po kwiaty. Dałem radę, choć doszło do pierwszego nieporozumienia z Cobrą vel Szoferem 😀 No nic, 11.00 jestem w domu.

Wypadałoby wypucować samochód bo po tygodniu ulew i burz nad Krakowem nie wygląda najlepiej. Nie lubię tego robić bo za każdym razem jak poleruję lakier – w oczy wali ilość rys i odprysków. No, ale cóż, tam gdzie drwa rąbią… 13.30 gotowe, prysznic, zapinanie francowatych guziczków w sukni Uli i jedziemy 😀 Bez małej awantury się nie obeszło („bo my zawsze musimy się wszędzie spóźnić”, mimo że do mszy było jeszcze spokojnie ponad godzinę czasu). Inna sprawa, że wszyscy, łącznie z limuzyną, Pszemem i rodziną już na nas czekają. W miarę szybkie błogosławieństwo i przejazd do Kościoła. Na mszy ksiądz opowiadał coś o uciętych rękach i zakupach nowego samochodu, w każdym razie było w miarę radośnie 😀 Zdjęcia, życzenia i zonk 😀 nie ma busów do przewiezienia gości 🙂 Po niecałej godzinie się znalazły, po następnej czekania już pod knajpą przyjechali młodzi (bo wpadli na pomysł żeby w międzyczasie zrobić zdjęcia na Rynku, a goście stali przed restauracją i czekali).

A impreza jak impreza. Rozkręcała się powoli, ale skutecznie. Miała lepsze i gorsze momenty. Na początku kiepskie usadzenie, ale inaczej się podobno nie dało. Parę wycieczek do okrągłych stolików i zaczęło się robić coraz weselej 🙂 Potem kontrowersyjny moment rozpoczęcia meczu 😀 Męska część gości nagle się ulotniła, czego nie mogła zrozumieć Pani Młoda (nie każdy ma tak metroseksualne upodobania jak jej mąż i większość emocjonuje się np grą reprezentacji Polski w kopaną, a nie najnowszą kolekcją butów w Diversie) 😀 No nic, po pierwszej połowie zostaliśmy rozgonieni, ale drugą też się udało prawie wszystkim oglądnąć (czy to w kuchni czy to w pokojach 😀 ). Po meczu – 12.00 i zamiast „sto lat” to „Polska, białoczerwoni”. Trochę siara, ale co tam :D. Od tego momentu było już tylko lepiej. Prym zaczęli wieść Mariano Brothers. Stary nie miał problemów koordynacyjnych ale za to sprawiał wrażenie mocno nieprzytomnego, młody za to kontaktował ale miał problemy z utrzymaniem się na nogach 🙂 Po tym jak młody poszedł nurkiem w tuje, teściowa postanowiła położyć synów spać i chyba dobrze dla wszystkich 🙂 Dalej tańce, picie, tańce, picie, picie, picie, tańce 😀 Wątek zakończyliśmy o ok. 5.00 (zresztą chyba byliśmy jednymi z ostatnich). W sumie było fajnie i cytując Piotrasa „tylko wytartego na kolanach nowego garnituru żal” 😀

Porobiłem trochę fotek, w zasadzie to były pierwsze zdjęcia moim nowym Tamronem 17-50 🙂 Dodatkowo postanowiłem zapisywać zdjęcia w rawach przez co ciężko ocenić wpływ obiektywu czy mojego wywoływania na zdjęcia 🙂 Efekty do obejrzenia niżej, ewentualnie na Flickru.
Pingback: Wesele Dominiki i Marcina | Że niby blog