Z różnych dziwnych przyczyn (z reguły bolących) moja forma, o ile można w ogóle o takiej mówić, w sierpniu zaczęła dobijać do samiutkiego dna. Aby przeciwdziałać musiałem choć trochę wziąć się w garść i po prostu zacząć wspinać. Dużo chodzenia (z reguły wędkowego) po klasykach – Freney, Łabajowa, Bolki i co najśmieszniejsze – większość dróg w stopniu akurat VI.2+ 🙂

Raz udało się nawet wziąć aparat 🙂 i złapać ładne światło. W dodatku Zośka, która od jakiegoś czasu katowała Obladi Oblada na Łabajowej, pod presją obiektywu poprowadziła ją w dobrym i ładnym stylu.


Bieganie po VI.2+ zacząło dawać efekty, wpadło nawet jakieś brzydkie VI.3, w sam raz na rozpoczęcie sezonu panelowego… 🙂