W sobotę padało, chmury wisiały nisko. Pod koniec dnia, już w zapadających ciemnościach, kilka samolotów polatało, ale my się ustawialiśmy specjalnie na niedzielę. Zresztą tak jak kilkanaście tysięcy innych osób. Na Bora Komorowskiego korek, po odczekaniu udało zaparkować się pod Realem. W tym roku niestety nie mieliśmy akredytacji, a kolejka do kas (tak na oko na 2 godziny) właśnie od strony Bora – skutecznie odstraszyła. Plan awaryjny – idziemy dookoła lotniska, może gdzieś będzie lepiej.

Pierwszy przystanek – przy blokach, na zachodnim końcu pasa. Widok niezły, ale po 45 minutach pojawiły się „służby” i miejscówka została spacyfikowana, jako potencjalnie niebezpieczna. Szkoda, bo akurat startował Kairys i chyba najefektowniejszy pokaz oglądaliśmy z poziomu osiedla. Dalszy rekonesans w poszukiwaniu kas – w miarę udany – w „garażach” kolejka tylko na 15 minut, chociaż udało się wejść nawet szybciej 😉

W środku pełen festyn, Szymek oczywiście zaliczył karuzelę albo i dwie. Próbowałem znaleźć miejsce do robienia zdjęć, ale ciężko było. Najefektowniejsze low passy nad płytą, z żadnego miejsca nie dało się zobaczyć dłużej niż przez sekundę, stąd zdjęcia są tylko na tle szaroburego nieba.
Po Kairysie z Rumunami, ładne pokazy dali Żelaźni, Uwe Zimmerman, w miarę fajne przeloty An-a i to byłoby na tyle.

Jestem zawiedziony, zarówno możliwością zrobienia zdjęć z publiczności, jak i programem samego pikniku – jak nie będzie jakiejś specjalnej poprawy, to na następny chyba nie pojadę.