Początek standardowy. Wyjazd z Krakowa o 3:45, support turystyczny to Anita i Świr Bez Troczka, skład uderzeniowy to Maniek i ma skromna osoba. 6:45 Wychodzimy z samochodu przy przystanku Popradzkie Pleso, 50 min schronisko i wchodzimy w Dolinę Złomisk. Pogoda dopisuje, Maniek śpiewająco targa obie żyły :), tempo jest nie najgorsze. Przy kolebach śniadamy, podziwiając piękne okoliczności przyrody.

Naszym celem jest dzisiaj południowa ściana Małej Szarpanej Turni. Pod ścianą piknik jak pod Dupą Słonia, dobre 3-4 zespoły spożywają chyba właśnie śniadanie, jeden zespół walczy na Puskasie. Powoli się szpeimy, u Oli obserwuję lekko narastające napięcie, ale ja też mam dziwnie ciężkie gacie – w końcu pierwsze wspinanie tatrzańskie w tym sezonie, ściana z dołu wygląda imponująco.

W drogę wchodzę oczywiście nie w tym miejscu, co powinienem, ale to mój naturalny talent – w trudnościach teoretycznie III-IV bardzo łatwo znajduje dużo większe trudności 🙂 Długi wyciąg, powyżej 55 metrów. Na koniec jest płytka, która nie wygląda dobrze, jakoś naturalnie ciągnie mnie ku kominkowi, ale tam jest trudno, na pewno trudniej niż V, więc wracam na płytkę, która faktycznie, łatwo puszcza do góry. Delektuje się zajebistym tarciem „nożnym”, którego próżno szukać w okolicach Krakowa. W końcu, sapiąc jak dobry kowalski miech dochodzę do malona stanowiskowego, dokładam kość i zakłada stan. Pot zalewa mi oczy, słońce pali niemiłosiernie, a wspinania nie ułatwia tonowy plecak i milion szpeju w który jestem obwieszony. Szybciutko dochodzi już lekko rozluźniona Ola.

Czas na drugi wyciąg, a nastawiam się od razu na trzeci, bo podobno można połączyć. Tutaj zaczyna się trudnościami za V, jakoś mi tak lepiej, droga jest bardziej ewidentna. Przeloty zakładam rzadko, ale bardzo pewnie – asekuracja siada bardzo dobrze. Piątkowy duflerek, łączący naszą drogę z Magicznym Okiem za VII to znak, że zbliża się czujny trawers. Faktycznie, stopnie jakby zniknęły, obłe chwyty mam na max zasięgu, kamienie w plecaku i pętające się już w mniejszym porządku niż przy wejściu w drogę friendy – powodują, że mój balans przypomina raczej powolne dryfowanie Tytanika niż jakieś przemyślane, fantastyczne sekwencje wspinaczkowe. Tonący brzytwy się chwyta, prawie tak jak ja ładnej, pionowej rysy, która kończyła trawers. Ale nie trudności. Znowu odstrzelona płyta i znowu mały trawers, ale tym razem ciut pewniejszy – na pewnych rękach i słabszych nogach, wprowadzający do kolejnej odstrzelonej płyty. Na dobrym przybloku osadzam frienda (ostatni przelot 4-5 metrów temu, przed trawersem, choć pewny, bo z jedynego stałego punktu na drodze (nie licząc stanów)).
Teraz już łatwiej, znowu za V duflerkiem do góry. Stan z bohraków, jest dobrze. Zmęczenie i gorąc znikają na moment w mieszaninie satysfakcji, adrenaliny i euforii. Maniek. Tym razem już tak łatwo jak przy poprzednim wyciągu nie poszło. Trochę postękała, trochę posapała, a na stanie znowu dało się zauważyć raczej znużenie i strach niż przyjemność z przebytej drogi.

Trzeci wyciąg od początku trzyma w trudnościach, z tym że jest dużo krótszy niż dwa poprzednie – to w zasadzie wyjście duflerem za VI- kilkanaście metrów do góry i potem wejście w połogie zacięcie za IV, które po 10 metrach doprowadza do stanowych bohraków. Ściągam Olę i zostaje nam tylko kilkumetrowe wejście na trawiasty zachodzik który kończy drogę. Są 2 warianty – jeden na wprost za VI pionową ścianką i drugie – obejściem za v+. Pytam Oli który wybiera, mając nadzieję, że wybierze ten trudniejszy, ale krótszy. Niestety – wybór pada na parchate obejście, którego trudność to jest jakiś parchaty 3 metrowy komin, zawalony starymi hakami, który pokonałem techniką na dżdżownicę 😀 Ten mały zgrzyt nie zmienił jednak bardzo pozytywnego odbioru drogi i ściany. Było super.

Na trawniku drugie śniadanie, zastanawiamy się co robić. Znad Gerlacha napływają na razie jeszcze mało groźnie wyglądające chmury, ale mamy trochę obsuwy czasowej (trochę później weszliśmy w drogę, która zajęła 30 min więcej niż przewidywałem). Decydujemy się zrobić na razie odcinek Szarpanych za III i zjechać na Szarpaną Przełączkę, skąd jest łatwy wycof do Zatoki Złomisk. Żeby przyspieszyć, idziemy na lotnej, w trekach. Teren jest faktycznie łatwy, idzie nam to w miarę sprawnie, dopiero pod sam koniec trochę zaczęliśmy improwizować. Niestety pogoda zaczyna coraz bardziej niepokoić – Słowacy przed nami zjeżdżają, co mnie przekonuje do wycofu zjazdami. Dwa zjazdy z zastanych taśm i jesteśmy z powrotem na trawiastym progu, skąd już po bożemu, w cywilizowany sposób z łańcuchów, zjeżdżamy Kominem Komarnickiego (swoją drogą, ten komin do wspinania wygląda strasznie parszywie 🙂 )

Teraz tylko mały piknik czekając na pogubionych Świrów, którzy ze względu na zaśnieżoną Ławicę, zdobyli coś w grani, najprawdopodobniej Ciężki Szczyt. W końcu pojawiają się na progu Zatoki Złomisk i razem w dobrych nastrojach, tocząc filozoficzno-psychologiczne, ciężkie dyskusje o wyższości narodowych systemów ratowniczych przerywane tylko salwami purknięć mocy, zbiegamy do samochodu.