Spadł śnieg. Prawie cała Panda pojechała na południowy wspin do Włoch, więc tym bardziej gula skakała, żeby się gdzieś wyrwać. I tak, od słowa do słowa, w bardzo eksperymentalnym składzie – Cześka pierwszy raz na turach, Guru drugi, jedziemy do Zakopanego z celem spaceru na Kasprowy. 8:00 wchodzimy do Yurty, dziewczęta pożyczają sprzęt (Guru doprowadza pana wypożyczalnika do szewskiej pasji, bo but 23.5 za duży, 24 za mały), a ja spotykam znajome twarze dinozaurów TG.

Po zasięgnięciu informacji postanawiamy wejść Boczaniem i zjechać na Goryczkę. Zaczyna się nieźle. Guru idzie 3 minuty w zapiętych piętach (podobno szło się dobrze!), Cześka coś smędzi, że ciężko i kamienie wystają. Na rozejściu na Nosal już jest całkiem dobrze, śniegu wystarczająco a i dziewczyny wchodzą w dobry rytm. Ja tym razem na lekko, tylko z herbatą i lustrem. Wyjście z lasu, Boczań, potem Przełęcz między Kopami i naszym oczom ukazuje się piękne niebieskie niebo plus klasyczny widoczek Halowy. Klasyczny, ale jednak po długiej przerwie w chodzeniu po górach, jakże przyjemny! Zjeżdżamy pod Betlejem i tam piknik, dobre 2 godziny. Przewija się trochę ludzi, niektórzy zagadują, a my siedzimy, bo ciepło, dobrze, a dziewczyny mają zasięg, więc fejsbuczek online!

Tak czy siak, jednak trzeba iść, parafrazując poetkę – „o jasna pała, znowu dymanie!”. Gąsienicowa już lekko podratrakowana więc po początkowym śniegu po kolana, idziemy po twardym i równym. Cześka łapie drugi oddech i nadaje szaleńcze tempo, z Guru próbujemy gonić. W międzyczasie okazuje się, że to twarde i równe to jest 10 cm grubości zamarzniętej, strzelającej efektownie 20 metrów dalej powierzchni. Dzięki temu, że do Cześki ktoś zadzwonił i gadała 10 min, łapiemy ją przed samą granią.

Tam z kolei mały armagedon, bo o ile w dolinie było ciepło i fajnie, to na grani piździ niemiłosiernie, więc odnajdujemy pokłady świeżości w kroku i niemal wjeżdżamy na nartach do budynku kolejki. Tam kolejny posiłek i z lekko poddenerwowaną Cześką (przerwa 3 lata od wszelkiej działalności narciarsko zjazdowej) lecimy na dół. Góra i przewinięcie na Goryczkę przewiane i również twarde, ale od zjechania 5 metrów poniżej grani, zaczyna się piękny, luźny, lekki śnieg (choć puchem bym tego nie nazwał). Jest efekt płynięcia!

Zręcznie przelatujemy przez Kocioł, poniżej trochę słabiej ze śniegiem, ale bez tragedii, nartostrada wyratrakowana, więc w pełnym komforcie dojeżdżamy do Kuźnic, dziewczyny oddają sprzęt (nawet się okazało, że jest mały rabacik w Yurcie) i ja na nartach a dziewczyny na kończynach – do samego samochodu. Jak na rozpoczęcie sezonu – było super!