Że niby blog

Gdzie raki zimują czyli zimowe zakończenie sezonu letniego – Rysy

Znowu spontan. We wtorek o 10.00 pojechałem do polarsportu, 'na wszelki wypadek’ kupić raki i czekan. O 12.00, po dodatkowym sprawdzeniu pogody, padła decyzja, że jadę 🙂 Z Krakowa wyjazd o 14.30 – tym razem środek transportu to alfa – jednak szybciej i wygodniej. 16.00 dojeżdżam do Palenicy, szybkie przebranie 🙂 i 16.20 wychodzę na nudną asfaltówkę do Morskiego Oka. Jako, że jestem świeżutki – idzie się dość dobrze, zza chmur próbują przebijać się góry. Przed 18.00 jestem w MOku. Kolacja i o 20.30 do spania 🙂 Z rana trochę zaspałem – miałem plan żeby wyjść o 7.30, opóźniło się wszystko o godzinę. Pogoda lux, przed schroniskiem pięknie witają mnie Mięgusze 🙂

Mięgusze
Mięgusze

Spacerek wokół Morskiego, dalej trochę do góry do Czarnego Stawu, tam pierwszy odpoczynek z drugim śniadaniem (snickers 🙂 ) Niestety droga cały czas w cieniu, widać tylko nasłonecznione szczyty. Do Buli doturlałem się już z pierwszymi oznakami zagotowania 🙂 więc trzeba było znowu zrobić postój 🙂 doganiają mnie 3 osoby, w tym jedna dobrze wyekwipowana (chociaż w krótkich spodenkach 🙂 ), a dwie w adidasach 🙂 Droga wyżej nie wygląda za dobrze, tzn woda spływająca z grani utworzyła coś na kształt 'pola lodowego’ – czysty, żywy lód. Pięknie 🙂 staramy się to obejść z lewej strony, by później przetrawersować na właściwą drogę. Tam odpada całkiem rozsądnie rezygnuje jeden z 'trampkarzy’, drugi idzie z nami dalej. Zaczynając się łańcuchy, czasami wystają ze śniegu, można dodatkowo się zaasekurować. Dość późno (patrząc z perspektywy powrotu) zakładamy raki. Ze szczytu schodzi starszy człowiek (tak na oko spokojnie więcej niż 60 lat) mówiąc że najgorsze już mamy za sobą, teraz to czysta przyjemność bo jest tylko śnieg, albo goła skała. I faktycznie, idzie się w miarę przyjemnie, dokucza mi tylko jeden z raków, coś tam się poprzestawiało i w trakcie podejścia musiałem go jeszcze 2 razy zdejmować i regulować (mimo że wstępną regulację zrobiłem jeszcze w Krakowie). Trudności techniczne na suchej skale raczej żadne, lufa pojawia się dopiero przy samym wejściu na szczyt, gdzie w końcu docieram 🙂

Łańcuchy czasami wystawały spod śniegu

Tam, słoneczko, plaża, trochę słowaków i polak z którym przez moment szedłem. 'Trampkarz’ był na tyle wycykany zejścia na płaskiej podeszwie, że od razu zaczął schodzić na stronę słowacką. Na wierzchołku siedzimy z pół godziny, trzaskam zdjęcia w każdą stronę. Słowacy od swojej strony wychodzą i schodzą co chwile (przewinął się nawet Kleks, już miałem nawet zagadać do niego „Arkadiusz, ale przecież miałeś siedzieć w Wawie/Brnie” ale uciekł, stąd jestem pewny że to był nasz Arkadion 😀 ). Pogoda jest taka że aż się nie chce schodzić, odwlekamy to jak się da 🙂 W końcu trza się ubrać, raki, czekan w dłoń i w dół. Tym razem schodzimy odważniej – nie korzystając ze szlaku letniego, a szybko poruszając się polami śnieżnymi (niestety na nogach, do dupozjazdów było jeszcze zdecydowanie za mało śniegu). W rakach dochodzimy do samej buli, gdzie żegnam się z kolegą sprinterem (do góry szedł jak przeciąg). Zbiegam do schroniska, odbieram z depozytu śpiwór i spółkę, jeszcze parę fotek, 1.15 h do Palenicy, w Bukowinie jem obiadokolację i za 1,5 godziny jestem w Krakowie 🙂 Fajnie było 🙂

Pod wieczór - spojrzenie na Mnicha i Mięgusze

Parę klasycznych uwag:

No i tyle. Kolejne relacje to już pewnie będą z wejść czysto zimowych, nie wiem czy się uda cokolwiek zorganizować wcześniej niż w marcu 🙂

➡ Rysy jesienią – zdjęcia

Exit mobile version